Jeśli Boga nie ma, dlaczego istnieje radość?

Bartosz Sokół 28 lutego 2016

Wierzę, że ziemskie radości są świadectwem, jakie składa o sobie Bóg. Są pocztówką z odległej Wieczności, zapachem dań z królewskiego stołu Króla Królów.

 


Tytuł brzmi obco, nieprawdaż? Najpopularniejsze pytanie z tej kategorii brzmi zgoła inaczej: jeśli Bóg jest, dlaczego istnieje cierpienie?

Wydaje mi się jednak, że w cierpiącym niewątpliwie świecie warto zapytać czasami o radość. Niepospolitą, niekonwencjonalną, wszechobecną, niezmiennie pożądaną, ale i niewytłumaczalną radość. Gdyż nie tylko cierpienie domaga się wyjaśnienia, radość również.

Nienasycony głód radości

Niepospolita, gdyż nie ma dwóch takich samych radości. Wyrażana tysiącami kolorów, wybrzmiewa w niczym nieograniczonej liczbie różnorodnych symfonii emocji i porywów serca. Radość nastolatka strzelającego bramkę w finale szkolnych rozrywek smakuje inaczej niż radość dumnego ojca, śledzącego zmagania z wysokości trybun. Inaczej smakuje radość z powodu delikatnych podmuchów wieczornego wiatru, a inaczej radość spowodowana dotykiem dłoni ukochanej osoby.

Radość jest niekonwencjonalna, gdyż nie można wyznaczyć jej granic, zamknąć w katalogu określonych zachowań lub przypisać do wybranych wyłącznie sytuacji. Wszechobecna, gdyż nie ma miejsc, z których na zawsze emigrowała. Bywała w szaleńczych porywach miłości na więziennych pryczach w Auschwitz, gościła na frontach najokrutniejszych wojen w kilku łykach wody, bochenku chleba i wyszarpanym śnie. Towarzyszyła umierającemu na nowotwór dziecku podczas ostatniej rozmowy z zapłakanymi rodzicami, aby później - wraz z wiosennym słońcem, miłością i przemijającym czasem - wdzierać się gwałtem do pogrążonych w żałobie serc. Niezmiennie pożądana, gdyż to radość jest ostatecznym celem poszukiwań człowieka.

Pokrójmy na stole miłość, a okaże się, że pod skorupą uniesień drzemie głębokie pragnienie radości. Obnażmy pasje, tęsknoty, nadzieje, najpiękniejsze wspomnienia i marzenia - wszędzie napotkamy nienasycony głód radości. Zapytajmy młodych idealistów, posiwiałych biznesmenów, krwawiących rewolucjonistów, wiecowych ateistów, spoconych wolontariuszy, prześladowanych wierzących, muskularnych sportowców i szczęśliwe matki prostym słowem: “dlaczego?” Pytajmy tak długo, aż padnie w końcu ten niezwykły wyraz, za którym nie ma już nic poza absurdem - radość. To ona jest ostatecznym celem wszystkich działań człowieka, nawet jeśli nieuświadomionym lub wypieranym.

Wreszcie, niewytłumaczalna, gdyż nie wiemy skąd się tutaj wzięła. Nie wiemy jakim cudem mieści się w splocie dłoni spacerujących zakochanych, aby chwilę później ukryć się w tańczącym spojrzeniu towarzyszących im podczas ślubu rodziców. Nie wiemy jak ją stworzyć, ani jak tchnąć ożywczy dech w piersi imitującej ją rozrywki. Nie wiemy nawet gdzie ją ostatecznie odnaleźć, szukając przez wieki miejsca zamieszkania. Lecz radości nie sposób odwiedzać, nikt nie zna miejsca jej stałego pobytu - to ona odwiedza ludzi. Gdy już przekroczy próg naszego serca, nie wiemy jak ją zatrzymać - bywa delikatna jak skrzydła motyla rozbijane o szybę pędzącego autostradą samochodu.

W cierpieniu chodzi o nieobecną radość

Jeśli pytam o cierpienie, muszę zapytać o radość. Radość chodzi bowiem jak cień za cierpieniem. Jest jego nieodłącznym kontekstem, niewyczerpanym źródłem i wyrazistym tłem. Cierpienie nigdy nie opowiada o cierpieniu jako takim, ono wysławia utraconą radość. Bardziej istotne od tego, co znajduje się w przewlekłym bólu serca jest to, czego w nim nie ma - a nie ma właśnie radości. Inaczej mówiąc, w cierpieniu chodzi o radość, tyle że o radość nieobecną.

Trudno nie pochylić się ze współczuciem nad płaczącym w trenach Janem Kochanowskim. To rozdarte z powodu śmierci ukochanej córki serce wydaje się płakać bólem wykraczającym poza zasięg najlepszych metafor. Jednak w przerwach między kapiącymi łzami, słychać opowieść o radości - „Pańska ręka mię dotknęła, Wszytkę mi radość odjęła” (Tren XVII). W cierpieniu Kochanowskiego chodziło o utraconą radość - tę, która budziła się do życia wraz z szelestem stóp Urszulki pędzącej korytarzem na spotkanie taty lub iskrzącą się tysiącami kolorów w jej porannym uśmiechu. Zanim zapytam więc o cierpienie Kochanowskiego, najpierw muszę zapytać o jego radość. Pomyślmy o biblijnym Hiobie, czym było jego cierpienie, jeśli nie żałobną pieśnią o utraconej radości? „Opanowały mnie strachy, moja godność jest rozwiana jak przez wiatr; jak obłok przeminęło moje szczęście” (Job 30,15). „Pomnij, że życie moje to tchnienie; moje oko już nigdy nie ujrzy szczęścia” (Job 7,7). Szczęście. Nie tylko cierpienie Hioba domaga się wyjaśnienia, wyjaśnienia domaga się również jego szczęście.

Wiadomość z kraju, którego nigdy jeszcze nie odwiedziliśmy

Jestem chrześcijaninem. Wierzę, że ziemskie radości są świadectwem, jakie składa o sobie Bóg. Są pocztówką z odległej Wieczności, zapachem dań z królewskiego stołu Króla Królów. Apostoł Paweł stwierdził przecież, że Bóg nie omieszkał dawać o sobie świadectwa wśród pogan, właśnie dzięki napełnianiu pokarmem i radością ich serc (Dz 14,17). Nasze małe radości są zatem subtelnie doręczaną wizytówką Stwórcy, przebłyskiem szczęścia towarzyszącego zanurzonemu w miłości Trójjedynemu Bogu. Za każdym razem, kiedy czuję falę radości uderzającą w moje zmysły, doświadczam cząstki Wiecznego Życia – oczywiście przy zachowaniu wszelkich proporcji i wynikających z nich różnic. Barwnie oddał tę rzeczywistość C.S. Lewis, pisząc:

Te rzeczy – piękno, pamięć naszej własnej przeszłości – to dobre wizerunki tego, czego tak naprawdę pragniemy; jeśli jednak mylimy je z prawdziwym obiektem naszych pragnień, zamieniają się w nieme bożki, które łamią serca swoich wiernych. Nie są one bowiem tym, czego pragniemy, są jedynie zapachem kwiatu, którego nie znaleźliśmy, echem melodii, której nie słyszeliśmy, wiadomościami z kraju, którego nigdy jeszcze nie odwiedziliśmy.

Jeśli Boga nie ma…

Jeśli Boga nie ma, to radość jest w niebezpieczeństwie. Słychać już kroki nadchodzących szwadronów okrutnego czasu, który pogrzebie pod ziemią śmiech i wszystkie jego echa. Jeśli Boga nie ma, to człowiek przypomina wygłodniałego, lecz oszukanego podróżnego, który idąc za wspaniałym zapachem potraw, dociera do pustej i ciemnej piwnicy. Nie ma tutaj niczego oprócz kilku zapachowych substancji. Jeśli Boga nie ma, to głupcem jest ten, kto szuka pociechy w minionych radościach – temu, kto nie ma przyszłości, zabrana będzie i przeszłość. Jeśli Boga nie ma, to historia leży w całości w krainie niebytu – nic z niej nie będzie zachowane, nic wskrzeszone, nic odzyskane. Jeśli Boga nie ma, to te chwile uniesień, te wielkie wzruszenia umysłu i serca, te pomniki radości wykute dłutem cierpienia, nie są drogowskazem prowadzącym do oazy na wyschniętej do cna pustyni. Są halucynacją zwiedzionego umysłu, który wkrótce uschnie z pragnienia, jak każdy ze smutnych konarów przykrytych falami piasku.

Jeśli Boga nie ma, to moje pragnienia stoją z pochylonymi głowami na szafocie ateizmu – wkrótce opadnie gilotyna, a wszystko, co kocham i cenię, wykrwawi się i zniknie na zawsze wśród dzikich okrzyków zła. Jeśli Boga nie ma, to nie ma żadnej ewangelii, żadnej pociechy i żadnego zmartwychwstania. Śmierć jest królową, a niebyt królem – nadzieja błaznem na ich dworze. Ludzkość tańczy radośnie na skraju przepaści, udając, że chwila znaczy więcej niż wieczność. Ideologie walczą o kolor ścian domów na zalewanej przez ocean wyspie, nie rozumiejąc, że wkrótce nie będzie kolorów i ścian. Jeśli Boga to nie ma, to świat jest Titanikiem – słychać jeszcze orkiestrę, ale pasażerowie na rufie widzą już złowieszczą biel lodowych gór. Jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy!

Nie wierzę, że życie jest oszustwem

Lecz ja nie wierzę, że Boga nie ma. Nie wierzę, że życie jest oszustwem - drogą bez celu i słowem bez znaczenia. Nie wierzę, że miłość nic nie znaczy. Że jej uniesienia są bazgrołami ślepego losu na ścianie historii, niczego nie obrazując i ku niczemu nie prowadząc. Nie wierzę, że heroizm zaginie na zawsze w niebycie, a wraz z nim tchórzostwo i okrucieństwo. Nie wierzę, że symfonie radości składają się z nut wystrzelonych w przestworza z armat przypadkowych atomów. Nie wierzę, że radość jest i już, a jutro jej nie będzie. Nie sądzę przy tym, że moja nadzieja jest fałszywą projekcją lęków, tak jak nie wierzę, że jedzenie jest fałszywą projekcją żołądka. Jak błyskotliwie zauważył C.S. Lewis: jeśli odkryję w sobie pragnienia, których nic na tym świecie nie zdoła zaspokoić, jedynym logicznym wyjaśnieniem jest to, że zostałem stworzony do innego świata.

Dokładnie w tym momencie, w którym przyjmujemy cierpienie jako anomalię, a radość jako naturalną oczywistość, dajemy wyraz intuicji, która domaga się istnienia Boga. Poza nim nie ma bowiem żadnych powodów, dla których arbitralnie mielibyśmy uznać radość za normę, a cierpienie za jej pogwałcenie. Przecież to właśnie bezwzględność konfliktów i dramatów jest normą materialnej rzeczywistości, a wśród gąszczy atomów – pod lupą i szkiełkiem - na próżno szukać kwitnących porywów szczęścia.

A skoro tak, to jak wyjaśnić radość? Kto ją tu przyprowadził i gdzie jest jej dom?

  • TAGI: Ateizm | Cierpienie | Radość | Wiara
Bartosz Sokół

Autor: Bartosz Sokół

Jest studentem prawa i teologii, zaangażowanym w szereg inicjatyw młodzieżowych oraz ewangelizacyjnych. Interesuje się historią chrześcijaństwa w kontekstach społecznych i kulturowych, filozofią oraz apologetyką. Od kilku lat zachwycony Chrystusem jako Osobą, Ideą i Odpowiedzią. Aktywny w grupie "Należeć do Jezusa" - nalezecdojezusa.pl


© Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie zamieszczanych treści bez zezwolenia zabronione.