Wiara i cuda nie zawsze idą w parze

Bartosz Sokół 10 lutego 2014

Czy brakuje nam wiary? Niewątpliwie. Zawsze można wierzyć mocniej i głębiej, przecież na tym polega między innymi podróż wiary.


Jednak, żeby nie wpaść w pułapkę iluzorycznych oczekiwań względem chrześcijaństwa, musimy położyć wiarę na stole operacyjnym, rozciąć i zbadać jej serce. Istnieje bowiem kilka powszechnie funkcjonujących definicji wiary, które - na nieszczęście - wzajemnie się wykluczają.

Można wierzyć, że Bóg może uczynić cud lub wierzyć, że ten cud uczyni.

Podobieństwo jest tylko pozorne, a teologiczna i praktyczna przepaść olbrzymia. Jeden ze znanych kaznodziejów powiedział podczas ewangelizacji tak: “Wiesz do czego musisz mieć wiarę? Do tego, aby ta choroba już więcej nie wróciła, do tego musisz mieć wiarę, ale nie do tego, aby teraz zostać uzdrowionym. Teraz ja cię uzdrowię w imieniu Jezusa na podstawie wiary, którą ja mam.” Innymi słowy, jakość wiary staje się tutaj bezpośrednią przyczyną uzdrowienia lub jego braku, zatem jeśli choroba do ciebie wróci, najwyraźniej nie masz wiary. W wielu środowiskach pentakostalnych powtarza się, iż gdybyśmy tylko mieli wiarę, nie byłoby pośród nas chorych, a cuda - zapominając o swojej definicji - dokonałyby inwazji w naszą codzienność. Podobno, gdybyśmy tylko mieli wiarę, na konta wpływałyby coraz większe sumy (finansowe góry rzucone w morze!), a nowotwory nigdy nie przekraczałyby drzwi kościoła. Podobno “wielka wiara” jest brakującym detonatorem Bożej mocy, który mógłby rozpocząć reakcję łańcuchową zdolną wysadzić w powietrze ufortyfikowane warownie sceptycznego świata. “Jeśli modliłeś się i Bóg cię nie wysłuchał, to pomódl się jeszcze raz - tym razem z wiarą” - wołają zwolennicy “automatyzmu wiary”, a inni dodają: “jeśli modliłeś się o tą samą rzecz trzy razy, to dwukrotnie zaprzeczyłeś wierze”. Czy mają rację?

1. Jeśli na tym polega wiara, to albo Kościół od zawsze był niewierzący, albo nigdy nie było Kościoła.

Wielu misjonarzy cierpiało skrajną nędzę, a wybitni kaznodzieje Ewangelii zmagali się z przewlekłymi dolegliwościami fizycznymi. Nigdy na żadnej szerokości geograficznej nie było takiej grupy naśladowców Chrystusa, która za pomocą wiary usuwałaby wszystkie niedogodności ziemskiego życia. Czy zaryzykujemy zatem stwierdzenie, że Kościół nigdy nie doświadczył mocy “wielkiej wiary”? 

2. Zbyt często wydajemy się nie zauważać, że można mieć albo wszechmocną wiarę albo wszechmocnego Boga - nigdy obu jednocześnie.

Wiara definiowana jako przekonanie o nieuchronności pozytywnej odpowiedzi na wyrażoną w modlitwie prośbę jest w samej swojej istocie zamachem stanu i odwróceniem porządku stworzenia. To prawda, że istnieje szereg wypowiedzi Chrystusa, które w oderwaniu od kontekstu sytuacyjnego zdają się wskazywać na twórczą i niezatrzymywalną moc wiary (Mt 7,20, Łk 8,50), jednak należy rozpatrywać je wyłącznie w świetle zdecydowanego i ostatecznego “bądź wola twoja”. Wbrew powszechnie panującym przekonaniom, nie ma w Biblii żadnej obietnicy, w której można byłoby upatrywać powszechnej Bożej woli uzdrowienia wszystkich chorych na ciele, cierpiących niedostatek ekonomiczny, czy też dyskomfort emocjonalny. Istnieje tylko (i aż!) zaproszenie do nadziei innej, doskonałej rzeczywistości Bożego Królestwa, które zarówno “jest wśród nas”, jak i wciąż “nadchodzi”. Aby nasza wiara w nieuchronność pozytywnej odpowiedzi mogła zarządzać legalnie rzeczywistością, musiałaby być doskonale kompatybilna z Bożą myślą. Do tego stopnia, iż potrafiłaby przewidzieć skutki określonych wydarzeń i ich wpływ na duchowe cele chrześcijaństwa. Nie ulega bowiem wątpliwości, że nie istniejemy na świecie po to, żeby doświadczać cudów, gdyż nieracjonalnym wydaje się wysyłanie dziecku paczek z domu, podczas gdy nie ma żadnego powodu uzasadniającego jego pobyt w internacie. Nie jesteśmy tutaj dla nadzwyczajnych wydarzeń - jesteśmy, aby przejść przez zwyczajne wydarzenia z nadzwyczajną radością i siłą, manifestując i doświadczając wystarczalności Chrystusa.  

3. Niezatrzymywalna wiara w naszym duchowym arsenale byłaby równie niebezpieczna jak naładowana broń w rękach czterolatka.

Nie wiem czy chciałbym modlić się wieczorem o cud, gdybym wiedział, że za każdym razem uruchamiam detonator, który przy okazji wysadzania budy dla psa, może roznieść na kawałki stojący obok dom. Bo jak modlić się o uzdrowienie chorych dłoni kryminalisty, wiedząc, że pewnego dnia mogą chwycić nóż i odebrać komuś życie? Jak modlić się o obfitość finansową dla skromnie żyjącego małżeństwa, nie mając pewności, że pieniądze nie skradną ich serc i nie zniszczą miłości? Gdyby moje modlitwy - wrzucone niczym dwuzłotówki do automatu z cudami - zawsze sprowadzały ogień i przenosiły góry, bałbym się o swoje życie i współczułbym okolicy. Gdyby moja wiara stanowiła jedyną przyczynę Bożych działań, nie udźwignąłbym tak niewyobrażalnej odpowiedzialności za ludzkie losy. Gdybym to JA miał decydować o tym, czy uzdrowienie będzie korzystniejsze dla nawrócenia grzesznika niż choroba, jak mógłbym spać spokojnie wiedząc, że mogłem popełnić błąd? Gdybym zabrał komuś “smutek prowadzący do upamiętania”, tylko z powodu naiwnych i krótkowzrocznych porywów współczującego serca, jak mógłbym spoglądać później na bezbożne życie, któremu podarowałem istnienie? Mam dreszcze na samą myśl o świecie, w którym Bóg wypełnia polecenia niedowidzącego, ograniczonego czasem i mylącego się człowieka, tylko dlatego, że wierzy on w zasadność podejmowanych przez siebie decyzji… Innymi słowy, wiara w zaistnienie pożądanego cudu sama w sobie jest niezwykle ryzykowanym przedsięwzięciem i potrzebuje skutecznego bufora bezpieczeństwa. Cóż może skutecznie spełniać tą funkcję, jeśli nie doktryna o Bożej suwerenności? 

Jestem Bogu niezwykle wdzięczny za to, że moja duchowa niedojrzałość może znaleźć silne oparcie w jego suwerenności. Cieszę się, że czasami  “dosyć masz, gdy masz łaskę moją” stanowi jedyną odpowiedź na nasze prośby. Jak każdy zdrowy nastolatek, chciałbym usiąść za kółkiem samochodu i przekonać się jak to jest pokonywać zakręty z nogą wbitą w pedał gazu. Ale Bóg Ojciec czasami odmawia kluczyków. Woli obdarzać nas rozczarowaniem chroniącym życie, niż ekscytacją przynoszącą śmierć. Stanowczo zbyt wielu zadeklarowanych chrześcijan wyleciało z duchowej trasy na pierwszym zakręcie niezrozumiałego cierpienia, z powodu miłości do ekstatycznej adrenaliny tworzonej przez ponadnaturalne doznania. Dziękuję Bogu, że nie zawsze zabierał mnie tam, gdzie chciałem iść i nie pozwalał widzieć tego, co chciałem widzieć. Różnica między nami a Bogiem jest taka, że myślimy, iż wiemy, co nas naprawdę uszczęśliwi, podczas gdy Bóg naprawdę wie. Niekiedy więc zasłania nam oczy, gdy na ekranie życia wyświetlają sceny dla dorosłych i zatyka uszy, gdy padają prawdy twardsze od skał. Mimo że chcemy prywatnych cudów i osobistych objawień, radzi cieszyć się słońcem, gwiazdami i ewangelicznym portretem Chrystusa. Wielka wiara nie polega na tym, że zawsze słyszy się w odpowiedzi wszechmocne “tak”. Wielka wiara polega na tym, że z wdzięcznością przyjmuje się wszechmocne “nie”. Dopóki nie zrozumiemy, że zamknięte drzwi są przejawem tej samej łaski, która je otwiera, zawsze będziemy nieszczęśliwymi więźniami rzeczywistości, która - ku naszej rozpaczy - będzie śmiać się z naszych rozpalonych oczekiwań.  

Zatem, jesteśmy bezpieczni nie w możliwościach swojej wiary, ale w mądrości Jego suwerenności. Łaskawe granice wyznaczane woli modlących się ludzi nie ograniczają ich wolności, ale prawdziwie ją umożliwiają. Jesteśmy wolni wtedy, gdy nie krępują nas sznury niepewności i ciężkie kajdany odpowiedzialności za cudzy los. Możemy zwracać się ku niebu z ufnością dzieci, które z odwagą wskakują z tatą do basenu, wierząc, że jeśli przypadkiem znajdą się na głębokiej wodzie, to silne ramiona ojca zapobiegną tragedii. Kiedy klękam, nie oczekuję, że stanie się zaraz, na pewno i tak jak chcę. Siejemy i podlewamy, ale rzeczywistą mocą sprawczą dysponuje wyłącznie ten, który “to czego nie ma powołuje do bytu”.

Wierzę zatem, że moja wiara nie kształtuje Bożej woli, lecz Boża wola kształtuje moją wiarę. Wierzę, że jego miłość mówi częściej “nie” niż “tak”, dlatego, że większość moich próśb jest wciąż raczej nierozsądnych niż mądrych. 

4. Świat, w którym wszystkie prośby zanoszone z wiarą byłby realizowane, po prostu nie ma racji bytu, choćby dlatego, że na trzech ludzi modlących się o deszcz przypada trzech modlących się o słońce.

Nawet w gronie chrześcijan istnieją różne oczekiwania względem tej samej rzeczywistości - urlopowicz chciałby upalnych dni, podczas gdy rolnik marzy o obfitych opadach; Kowalski oczekuje sukcesu pracodawcy, ale jego przyjaciel z kościelnej ławki - zatrudniony u konkurencji - upatruje swą przyszłość w upadku pracodawcy Kowalskiego. Jeśli chrześcijanie w Stanach Zjednoczonych modlą się o zwycięstwo swoich żołnierzy, to mają radykalnie inne oczekiwania niż chrześcijanie modlący się o swoje dzieci po przeciwnej stronie frontu. Można wspomnieć jeszcze o modlitwach za medale określonych sportowców na olimpiadzie, czy też prośbach o opóźnienie odjazdu pociągu (bo JA nie zdążę!). Innymi słowy, boskie modelowanie rzeczywistości na wzór pragnień wyrażanych w modlitwach chrześcijan jest nie tylko teologiczną, ale i logiczną niemożliwością.  

Skoro Bóg ma znacznie lepsze CV niż my, dlaczego mielibyśmy siadać przy jego biurku i próbować nieudolnie zarządzać naszym życiem? Wspaniale mieć Boga, który nie przypomina uprzejmej pani w banku, gotowej spełnić z uśmiechem każdą prośbę rozkapryszonego klienta. Wspaniale wiedzieć, że nie dostanę kredytu, na który mnie nie stać i karty, której nigdy nie potrzebowałem. Ktoś powiedział, że my modlimy się o to, czego chcemy, a Bóg daje nam to, czego potrzebujemy. Jeśli zakorzenianie się w objawieniu Chrystusa, przemiana na jego obraz i odkrywanie ukrytego w tym szczęścia stanowią nadrzędny cel ziemskiego życia człowieka, to nie widzę żadnych powodów, dla których to my mielibyśmy wybierać odpowiednie narzędzia z półki ludzkich losów. Jeszcze nigdy żaden obraz nie namalował sam siebie, a posąg nie wyrzeźbił sobie rąk. Człowiek przemieniany jest na obraz Chrystusa przez dłuto i pędzel Wiecznego Artysty. I tylko to gwarantuje ostateczny sukces przedsięwzięcia pod roboczym hasłem “historia”. 

5. Przeszacowanie możliwości wiary w cuda burzy jedność Kościoła, wzbudza nieuzasadnione poczucie winy i ośmiesza ją przed światem.

Trudno policzyć straty spowodowane przez samozwańczych proroków, którzy wszelkie różnice między ludzką wolą a faktycznym stanem rzeczy, nazywają zbiorczo “brakiem wiary”. Trudno oszacować ogrom krzywdy wyrządzonej cierpiącym chrześcijanom, którzy zamiast słów pociechy, usłyszeli od współbraci napomnienie za brak wiary. Boję się myśleć jak Bóg potraktuje kiedyś nauczycieli, którzy widząc cierpiącą Oblubienicę, powiedzieli jej, że z powodu braku wiary, nie jest na tyle duchowa, by dostąpić zaszczytu objęcia przez kochające i wszechmocne ramiona Oblubieńca. Jak to możliwie, że pozwalamy sobie wmawiać, iż nasze słabości ograniczają Bożą moc, a nasza niewiara niweczy jego wierność? 

Co więcej, "doktryna wszechmocnej wiary" ośmiesza chrześcijaństwo. De facto, jeśli lokalny kościół dysponuje mocą uzdrowienia wszystkich chorych w pobliskim szpitalu, to fakt jego ciągłego istnienia można wytłumaczyć tylko w dwojaki sposób: chrześcijanie chcą opróżnić szpital, lecz nie potrafią lub potrafią, ale nie chcą. Mamy więc do czynienia albo z niezrozumiałym moralnie egoizmem wierzących, albo z lokalną wspólnotą będącą permanentnym zaprzeczeniem rzekomych możliwości Ewangelii. Nie ma ucieczki od tej alternatywy, a konstruowane pospiesznie rozwiązania stanowią wyłącznie gwóźdź do trumny wiarygodności chrześcijaństwa. 

Podsumowując: Bóg wszystko może i nic nie musi!

Potrzebujemy odkopać i odświeżyć stare prawdy chrześcijańskiej teologii, która potrafiła dostrzec jaśniejącą wiarę w ufnym spojrzeniu umierającego chrześcijanina i uśmiechu wdzięczności na spracowanej twarzy ubogiej matki. Bo Ten, który może jest jednocześnie Tym, który nie musi. Bóg wyróżnia się spośród wszystkich bytów tym, że wszystko może i nic nie musi. Możemy śmiało stanąć w szeregu wierzących, którzy wraz z Hiobem powtarzali: “wiem, że Ty możesz wszystko i że żaden twój zamysł nie jest dla ciebie niewykonalny.” (Hi 42,2) Nasza nieograniczona możność wywoływania skutków, ograniczyłaby możliwość manifestowania się Bożych obietnic. Gdyż Bóg, który obiecał troszczyć się o swoje dzieci, musi być jednocześnie Bogiem, który niekiedy zamyka drzwi na klucz i mówi “nie” nawet najpiękniej wyrażonym i najbardziej ujmującym prośbom. 

Podsumowując, Bóg jest uwielbiony w nas nie wtedy, gdy zabawiamy się w dowódców, wydając rozkazy okolicznościom życia, ale gdy przynosimy je do Ojca z ufnym przekonaniem o ostatecznym zwycięstwie jego miłującej woli. Nie oznacza to bierności i rezygnacji, raczej pokorne zrozumienie ograniczeń upadłej rzeczywistości, zaakceptowanie przejściowego stanu w duchowym porządku historii i aktywne wykorzystywanie naturalnych możliwości. Lepiej wierzyć w Boga niż w cuda. Gdyż cuda czasami się stają, a Bóg zawsze jest. Wierzyć znaczy spoglądać na zwyczajność i mieć pewność, że “jeżeli prosimy o coś według jego woli, wysłuchuje nas.” (1 J 5,14) 

Bartosz Sokół

Autor: Bartosz Sokół

Jest studentem prawa i teologii, zaangażowanym w szereg inicjatyw młodzieżowych oraz ewangelizacyjnych. Interesuje się historią chrześcijaństwa w kontekstach społecznych i kulturowych, filozofią oraz apologetyką. Od kilku lat zachwycony Chrystusem jako Osobą, Ideą i Odpowiedzią. Aktywny w grupie "Należeć do Jezusa" - nalezecdojezusa.pl


© Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie zamieszczanych treści bez zezwolenia zabronione.