Trzy serca ateizmu
"Prawdopodobnie Boga nie ma. Przestań się martwić i ciesz się życiem" - głosi reklama na kanadyjskim autobusie. / fot.Atheist Bus Canada cc

Trzy serca ateizmu

Bartosz Sokół 17 lutego 2014

Ateizm jawi się chrześcijaństwu jako najgorsza forma rewolty przeciwko Bogu, ostateczna postać intelektualnego upadku.

 


Jako zadeklarowani chrześcijanie posiadamy zwyczaj spoglądania na ateistów z pogardą i trudem maskowaną wyższością, upatrując w nich ofiar zinstytucjonalizowanego systemu zła. Trudno jednak uniknąć smutnego wrażenia, iż za masowe procesy ateizacji młodego pokolenia odpowiada nie tylko głuchy świat, ale i przemawiający chrześcijanie. Czasami, niczym F-11 z uszkodzonym system naprowadzania, wystrzeliwujemy ewangelizacyjne pociski gdzieś obok niewierzących serc i umysłów, ciesząc się wyłącznie tym, że zadziałały procedury uwalniania rakiet. Jestem przekonany, że potrzebujemy gruntownej renowacji i przeprogramowania systemu.

Niezrozumienie przyczyn niewiary gwarantuje klęskę komunikacji Ewangelii

Istnieją nie tylko różne twarze ateizmu, ale i różne serca. To znaczy, że niewiara utrzymywana jest przy życiu przez kilka różnych czynników, które niekiedy nie mają z sobą nic wspólnego. Ateizm nie jest jakimś jednolitym frontem ideologicznym, ale raczej publiczną kawiarnią, do której jedni wpadają, aby odpocząć od gwaru ulicy, a inni by przy wspólnym stoliku spędzić z sobą trochę ekscytujących chwil. Ateiści nie stworzą więc nigdy kościoła ateizmu, gdyż nie są za czymkolwiek, są wyłącznie przeciwko czemuś. Mogą wyjść na ulicę i protestować przeciwko ideologicznej tyrani lokalnej religii, ale nie wyjadą na zamorską misję, by propagować wspaniałość świata pozbawionego Boga. Nie ma prostej recepty na stanie się ateistą, dlatego nie ma też prostego lekarstwa. Jako chrześcijanie wierzymy, że Bóg objawił się ludzkości i w osobie Jezusa Chrystusa wysłał światu przetłumaczoną wiadomość z odległej, transcendentnej krainy. Chcielibyśmy podzielić się nią z niewierzącymi i zaprosić do wspólnej drogi wiary. Jestem pewien jednak, że zanim zaczniemy przemawiać, musimy wysłuchać. Zrozumienie przyczyn niewiary nie gwarantuje “ewangelizacyjnego sukcesu”, jednak niezrozumienie gwarantuje klęskę.

Ateizm buntu - intelektualny rock 'n' roll naszych czasów

Pierwszym rodzajem niewiary jest ateizm buntu. Reprezentowany szeroko przez rzesze nastolatków, stanowi współczesną formę dojrzewania poprzez negację. Jako zakazany owoc, kusi nieustannie tajemniczą odwagą samodzielnego wyboru, będąc dla młodzieży intelektualnym rock-and-rollem naszych czasów. Każde pokolenie chce wybrać własną drogę, gdyż odczuwa przemożną potrzebę samostanowienia i urzeczywistniania własnej wolności. Świetnie wyraził tą myśl zespół Kombi w klasycznym już utworze: “Każde pokolenie ma własny głos. Każde pokolenie chce wierzyć w coś. Każde pokolenie rozwieje się. A nasze nie!” Trudno znaleźć łatwiejszy sposób wydostania się z zaklętego kręgu społecznych oczywistości niż radykalne porzucenie religijnych wartości swoich rodziców i dziadków. Ateizm buntu jest więc furtką, przez którą rzesze młodych ludzi opuszczają niewygodne i paskudne - w ich mniemaniu - posiadłości przodków, tworząc prowizoryczne, lecz własne chatki na obrzeżach przeludnionych miast. Taki ateizm bywa czasami intelektualną formą kolczyka w nosie lub duchowym irokezem, mającym za zadanie zaakcentować inność, zwrócić uwagę otoczenia i zaspokoić potrzebę indywidualizacji. Na próżno szukać u podstaw tej niewiary jakiejś intelektualnej konstrukcji. Najgłośniejsi z ateistów buntu strzelają zazwyczaj ślepakami, a na apologetyczne pojedynki przychodzą bez broni. Trudno się dziwić, to nie argumenty przekonały ich do porzucenia wiary, to porzucenie wiary przekonało ich do sięgnięcia po argumenty. Jako że najłatwiej skorzystać z tego, co pod ręką, ateizm buntu lubi posiłkować się kwejkowymi paradoksami, sensacyjnymi odkryciami z głównej strony onetu i antyklerykalnymi historiami z TVN24. Taki ateizm nie czyni z argumentacji serca niewiary, traktuje ją raczej jako szlafrok mający przykryć ewidentną nagość króla.

W jaki sposób dzielić się więc ewangelią z ateistami buntu? Niestety, nie znam żadnej oczywistej odpowiedzi. Wydaje się, że apologetyka nie odniesie na tym polu sukcesu, gdyż młodzież przedkłada wolność nad prawdę. Bunt jest immanentną częścią dojrzewania i nie sądzę, aby próby jego stłamszenia miały jakikolwiek sens. Może warto w środowisku ateizmu buntu zaakcentować wyraźniej niż dotychczas buntowniczość Ewangelii i indywidualny wymiar wiary? Przecież nic nie jest tak kontrkulturowe jak autentyczne chrześcijaństwo i nikt nie buntuje się przeciwko istniejącej rzeczywistości w większym stopniu niż chrześcijanin. Żaden popkulturowy symbol buntowniczego życia nie zbliżył się do radykalności z jaką Jezus zanegował istniejący stan rzeczy, a krzyż wybija się ku niebu nie tylko jako potężne “tak”, ale i potężne “nie”. Intuicja młodych ludzi słusznie wskazuje na niedokończoność świata, jego rozliczne mankamenty i rażące błędy konstrukcyjne. Nie powinniśmy dusić tej intuicji w ciasnych, kościelnych ławkach i wtapiać gorące serca w szary, jednolity krajobraz coniedzielnych spotkań w kościele. Świat tkwi w złym, lecz Kościół tkwi w Chrystusie. Od 2000 lat płoną duchowe barykady, gdyż chrześcijaństwo jest zaproszeniem do rewolucji.

Warto dodać, że niektórzy kwejkowi ateiści negują istnienie Boga tylko dlatego, że wszyscy chrześcijanie, których kiedykolwiek spotkali chodzili albo w ciemnej sutannie albo w berecie, a oni nie preferują żadnego z tych elementów garderoby. Ciąży na nas odpowiedzialność, aby zaprzeczyć tej fałszywej alternatywie. Pamiętam jak podczas pewnego tygodnia ewangelizacyjnego rozgrywaliśmy mecz z chłopakami z osiedla. Po ostatnim gwizdku (zakładając optymistycznie, że ktoś rzeczywiście gwizdnął) podszedł do mnie jeden z najmłodszych zawodników pytając: “pan jest księdzem”? Zgodnie z prawdą odpowiedziałem: “nie, a dlaczego pytasz?” Mały zmieszał się na moment, a później zadał pytanie, które mocno utkwiło mi w pamięci: “To dlaczego mówi pan o Bogu, skoro nie jest pan księdzem?” Wielu młodych ludzi wyrasta w przekonaniu, że Bóg jest domeną duchownych i koleżanek babci, zatem najlepszym uzewnętrznieniem swojej wolność będzie prosta negacja ich wiary.

Ateizm naukowy jako efekt postępującej demitologizacji rzeczywistości

Drugim rodzajem niewiary jest ateizm naukowy. Współczesne badania w dziedzinach neurobiologii, fizyki czy nauk społecznych postawiły pod znakiem zapytania wiarygodność powszechnie przyjmowanej koncepcji wiary. Rzesze oddanych naukowców dokonują wciąż demitologizacji kolejnych obszarów rzeczywistości, a hipoteza Boga coraz częściej ustępuje miejsca bardziej skonkretyzowanym i empirycznie weryfikowalnym koncepcjom. Bóg-zapchajdziura, traktowany przez chrześcijaństwo jako uniwersalny klucz do wszystkich zamkniętych kłódek, został brutalnie zdetronizowany i wygnany z krainy myślących. Okazało się, że wiele procesów, które przypisywano dotąd wyłącznej interwencji Boga znalazło swoje naturalistyczne wyjaśnienie, a tym samym - jak twierdzą naukowi ateiści - z Boga się wyrasta, tak jak wyrasta się z pampersa i opowieści o Świętym Mikołaju. Charles Misner, ekspert w zakresie teorii względności, w taki sposób opisał niechęć Alberta Einstaina do zinstytucjonalizowanej religii: “Musiał patrzeć na to, co kaznodzieje mówią o Bogu i czuć, że bluźnią. Widział o wiele więcej majestatu, niż oni to sobie kiedykolwiek wyobrażali. (...) Domyślam się, że on po prostu czuł, że religie, z którymi się spotykał nie miały właściwego respektu dla… autora wszechświata.” Trudno zaprzeczyć tej celnej obserwacji w kontekście wielu systemów teologicznych, które skutkują godną pożałowania wizją “małego” boga chrześcijaństwa. Umysł, dysponujący wiedzą w zakresie najnowszych tez naukowych, będzie chylił się w pokorze przed potężną, niezgłębioną rzeczywistością i gardził słabym, oswojonym i brutalnie wykorzystywanym bogiem wielu niedzielnych kazalnic. Musimy przyznać, że niekiedy nasze formy przeżywania i wyrażania pobożności pozbawione są "respektu wobec autora wszechświata". Czy nie powinniśmy pochylić się z uwagą nad tak popularną w Biblii i jednocześnie zapomnianą dzisiaj ideą bojaźni Bożej? Taki ateizm bywa niekiedy i moim ateizmem, gdyż bóg, w którego nie wierzą niektórzy sceptycy jest bogiem, w którego i ja nie wierzę.

Ateiści naukowi gotowi są zazwyczaj na merytoryczny dialog i zawsze stawią się w miejscu wyznaczonego spotkania. Nie zniosą ignorancji, kościelnego slangu i kazalnicowego moralizowania, ale z chęcią rozważą ograniczenia swoich koncepcji oraz zmierzą się z intelektualną prezentacją Ewangelii. Nieocenioną rolę spełnia w takim układzie rzeczy chrześcijańska apologetyka, potrafiąca zaprezentować spójną wizję chrześcijaństwa, syntetyzującą w sobie stare, niezaprzeczalne prawdy Ewangelii i nowe fakty naukowe.

Ateizm bólu - wiara zgubiona nie wśród argumentów, lecz wydarzeń

Trzecim rodzajem niewiary jest ateizm bólu. Długo nie zapomnę oczu pewnego człowieka, który podszedł do mnie po jednym z ewangelizacyjnych kazań w miejskim parku. Powiedział coś w rodzaju: “chodź ze mną na cmentarz, a udowodnię ci, że Bóg którego głosisz nie istnieje.” Po krótkiej wymianie zdań opowiedział poruszającą historię o pożarze, w którym stracił dwoje małych dzieci. Co miałem mu odpowiedzieć? Zaprezentować ontologiczny argument Anzelma? Koncepcję inteligentnego projektu? Współczesne odkrycia naukowe potwierdzające założenia teizmu? Gdybyśmy wystawili tam w parku wagę wewnętrznych racji, wszystkie moje argumenty okazałyby się lżejsze niż jedna kropla jego cierpienia. Odkryłem, że ateizm bólu jest niczym innym niż zradykalizowanym uzewnętrznieniem wątpliwości, które stanowią część mojej chrześcijańskiej podróży. Ten człowiek twierdził, że nie wierzy w Boga, ale przez wszystkie jego słowa przebijało smutne wołanie: “Boże, dlaczego mi to zrobiłeś?” W pewnym sensie modlił się moją modlitwą. Zadawał pytania, które ja sam niejednokrotnie zadawałem. Kiedy patrzyłem w jego oczy, widziałem współtowarzysza trudnego doświadczenia nieobecności Boga. Myślę teraz o ofiarach molestowania ze strony duchownych, o wielu tysiącach innowierców, dla których chrześcijaństwo objawiło się jako skąpany we krwi miecz rycerza z krzyżem na płaszczu. Myślę o ofiarach chrześcijańskich sekt, zdradzonych emocjonalnie przez chciwych przywódców i milionach nastolatków, którzy przez kościół rozumieją miejsce, w którym tata jest inny niż zawsze. Ich niewiara wzeszła jak słońce nad polem krwawej bitwy życiowych doświadczeń. To nie argumenty zabrały im wiarę, lecz wydarzenia. Dlatego nie argumenty mogą ją zwrócić, lecz Wydarzenie.

Ateizm bólu kiełkuje w otwartych ranach ludzi, którzy czują się zapomniani przez niebiosa. Niosą na barkach ciężkie brzmię cierpienia, wobec którego słodkie hasła chrześcijańskich ewangelizacji wydają się zwykłą utopią i bajką na dobranoc. O czym mógłby pomyśleć człowiek, którego spotkałem w parku, słysząc, że Bóg ma wspaniały plan dla jego życia i chce wydobyć go z przepaści wszystkich nieszczęść? Czy nie zaśmiałby się przez łzy, myśląc o dwóch malutkich trumnach, w których pogrzebano na zawsze wszystkie jego plany i każdą kroplę szczęścia? Być może “płaczcie z płaczącymi” oznacza, że czasami trzeba zejść ze sceny, stłamsić w sobie tryumfalistyczne refreny i po prostu objąć ze współczuciem cierpiącego bliźniego? Ewangelizacja nie zaczyna się wtedy, gdy zaczynam wygłaszać z zapałem ewangelię o Chrystusie. Zaczyna się wtedy, gdy w milczeniu ją urzeczywistniam, pochylając się ze współczuciem nad cierpieniem obcego mi człowieka. Czy kiedykolwiek jesteśmy bardziej podobni do Chrystusa niż wtedy, gdy zatrzymujemy się przy płaczącej matce z Nain, mówiąc jej ze współczuciem “nie płacz”?

Ignorowanie, pomniejszanie i deprecjonowanie ludzkiego cierpienia sprawia, iż oferujemy ludziom wyłącznie bezduszny system religijny, stanowiący całkowite zaprzeczenie chrystusowości. Człowiek nigdy nie powinien stawać się dla nas przedmiotem ewangelizacji, zawsze jest podmiotem, partnerem w procesie komunikacji Ewangelii. Nie rzucam tych słów wyłącznie w kontekście jakichś teoretycznych dywagacji na średnio życiowe tematy. Jeśli ktoś zawiódł w tej materii, to właśnie ja. Wielokrotnie posypywałem otwarte rany cierpiących ludzi solą naukowych argumentów, wygłaszałem “płaczącym” płomienne tyrady i zabijałem deskami pustych haseł jedyne okienko, przez które mogło wpaść do ich serc światło Bożej miłości. Dlatego dzisiaj proszę Boga, żeby - zanim otworzę usta - otworzył moje uszy i serce.

Apateizm - "Boga zapewne nie ma, nawet jeśli jest"

Warto zaakcentować w tym miejscu istnienie jeszcze jednego zjawiska, które wydaje się wymykać wymienionym powyżej definicjom. Niektórzy określają je mianem apateizmu, inni angielskojęzycznym happy thinking pagan. Chodzi o coraz liczniejszą grupę beneficjentów zachodniej cywilizacji, dla której Bóg nie staje się nigdy przedmiotem pogłębionej refleksji. Tacy ludzie żyją tak jakby idea Boga nie stanowiła w ogóle części rzeczywistości. Ignorują ją, spychając poza margines samoświadomości. Nie dlatego, że się buntują, nie dlatego, że poddają wiarę testom nowoczesności i nie dlatego, że płoną nieugaszonym bólem. Po prostu, życie - składające się ze znośnej pracy, wieczornego piwa przy ulubionym serialu i weekendowych wyjazdów nad jezioro - jest na tyle satysfakcjonujące, że Bóg staje się całkowicie zbędną hipotezą, niepokojącą myślą, przed którą zamyka się w pośpiechu drzwi. Apateizm święci tryumfy wśród klasy średniej w rozwijających się społeczeństwach, sprawiając, że człowiek upojony rozrywką, wysokim standardem życia i kręgiem satysfakcjonujących relacji, nie będzie miał oporów, by stwierdzić: “Bóg? A po co mi Bóg?”

Powyższe przyczyny niewiary z pewnością nie stanowią zamkniętego katalogu. Co więcej, raczej rzadko zdarza się spotkać człowieka, który reprezentowałby wyłącznie jeden z wymienionych powyżej kierunków. Ateizm buntu chodzi czasami o kulach bólu, a ateizm naukowy kryje w sobie dziecięce rozczarowanie lokalnym kościołem. Zazwyczaj wszystkie wymienione czynniki wzajemnie się motywują, lecz tylko jeden spośród nich bywa tym bijącym sercem niewiary, które daje życie pozostałym. Nie można nie docenić również naturalnego stanu upadłej, ludzkiej natury, charakteryzującego się zdumiewającym brakiem pokory wobec tego, co nas przewyższa i pretensjonalnym traktowaniem wszystkiego, co boskie.

Niniejszy artykuł nie tylko nie wyczerpuje więc tematu, ale stanowi zaledwie myśl pozwalającą go zainaugurować. Nie powinniśmy ignorować różnorodności ateizmu, gdyż tylko autentyczne zainteresowanie najgłębszymi uczuciami drugiego człowieka pozwala wyruszyć z nim w trudną drogę poszukiwania utraconej wiary.

Bartosz Sokół

Autor: Bartosz Sokół

Jest studentem prawa i teologii, zaangażowanym w szereg inicjatyw młodzieżowych oraz ewangelizacyjnych. Interesuje się historią chrześcijaństwa w kontekstach społecznych i kulturowych, filozofią oraz apologetyką. Od kilku lat zachwycony Chrystusem jako Osobą, Ideą i Odpowiedzią. Aktywny w grupie "Należeć do Jezusa" - nalezecdojezusa.pl


© Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie zamieszczanych treści bez zezwolenia zabronione.