Obiecałem, że napiszę coś o porodzie. Robię to… z dystansem z dwóch powodów: po pierwsze, minęło półtora miesiąca. A po drugie, był to poród mojego drugiego dziecka. Przeżyłem go jakoś spokojniej.
Już tylko ledwie ponad tydzień dzieli nas od spotkania z naszą córeczką. A ja wcale tego jakoś nie czuję – trochę nieświadomy, że już zaraz wydarzy się coś bardzo ważnego.
Położyłem rękę na główce i powiedziałem: - Błogosławię cię, Filemonie, w imieniu Jezusa i ogłaszam, że będziesz zdrowy, silny i mądry i będziesz bożym mężem, będziesz zawsze odważny i sprawiedliwy.
Czasami podczas próby można pomyśleć, że to premiera. Można się już ucieszyć, wczuć i w ogóle. A potem zmęczenie, rozczarowanie i złość – to właśnie czułem wczoraj wieczorem.
Przeszedłem małą, nieśmiałą próbę emocji i szybkiego powrotu do domu - na wypadek, gdyby A. już rodziła. Po jej telefonie zdawało mi się, że to coś poważnego, że może JUŻ (??), więc zamiast pedałować do domu, wcisnąłem się z rowerem do metra...
Podczas gdy kobieta od wieków ma do roboty w zasadzie jedno i to samo, to jej mężczyzna ma mnóstwo możliwości, co robić w dzień/noc porodu. A jak ja to widzę?