Żyjemy w czasach, w których nastawienie na sukces jest tak mocno promowane w Kościele, że wielu z nas poświęca inne obszary swojego życia, by tak czy inaczej go osiągnąć.
Gdy zaczynałem swoją przygodę z powołaniem, nie do końca byłem świadomy, w jaką drogę wyruszam. Miałem wtedy jeszcze dość idealistyczne wyobrażenie na temat Kościoła, ludzi wierzących i służby dla Pana. A okres studiów biblijnych nie tylko nie stępił, ale jeszcze bardziej wyostrzył mój apetyt na pracę w Kościele.
Kto ma to “coś” zrobić, skoro wszyscy są liderami? Ostatecznie może stworzyć się zamknięty krąg delegowania. Nikt już nie chce być tym ostatnim. Być może jeszcze pies przyniesie nam gazetę, pod warunkiem, że nie wyręczy się kotem!
Żeby dobrze przewodzić, trzeba mieć szacunek dla samego siebie, ale z drugiej strony być normalnym człowiekiem, bez przesadnej tytułomanii, dystansu i religijnej gadki, bez przesadnie duchowych wpisów na facebooku.