Ludzie patrzą. Ktoś jakby znany. Szaleniec, skąd się wziął? Robią krok w tył. Co się stanie? Coś mówi, płacze, ciężko zrozumieć. O co mu chodzi? To jakiś ojciec błaga o uzdrowienie dziecka.
Mam kominek i czasem rano widzę jeszcze odrobinę żaru. Robię zwykle wszystko, by ten żar uratować i rozpalić. Musi to wyglądać komicznie, ale czasem wkładam całą głowę do kominka i dmucham!
Wierzę, że ziemskie radości są świadectwem, jakie składa o sobie Bóg. Są pocztówką z odległej Wieczności, zapachem dań z królewskiego stołu Króla Królów.
Łaska jest tak obrazoburcza. Uświadamia, że niczego temu niezwykłemu Bogu nie zdołam udowodnić, że nie mam żadnego asa w rękawie. A to tak upokarza! Do tego stopnia, że często budzi wrogość, czy wręcz nienawiść. Dlatego wielu wznosi ku niebu zaciśnięte kłykcie, wykrzykując coś w stylu: „Ja tutaj się nie prosiłem i dlatego o nic nie będę do Ciebie skamlał…”
Zmagamy się z poczuciem winy. Poczucie winy potęgują w nas rodzice, partnerzy, szkoła, pracodawca, religia i kościół, własne dzieci i oczywiście my sami: „zmarnowałem życie, nie wykorzystałem szansy…”.
Czy widzimy dzieło Ducha Świetego w codzienności? W pieluchach i niekończących się stertach prania, w pracy zawodowej, w spacerach z rodziną, w uśmiechach przypadkowo napotkanych ludzi. Gdyby można było poznać Stwórcę poza materią, nie potrzebowałby On stwarzać świata...